Na szczycie
Przez - 10 Październik 2018

W wieczór poprzedzający rozpoczęcie wspinaczki czytamy trochę o Huyana Potosi. Jest to piąta najwyższa góra w Boliwii, o wysokości 6088 m n.p.m. Pierwszą próbę zdobycia Huyana Potosi podjęła w 1877 roku sześcioosobowa ekspedycja niemiecka. Wyprawa zakończyła się tragedią – czwórka wspinaczy zginęła na wysokości 5600 m n.p.m., dwóch pozostałych dotarło z powrotem na dół, ale umarli z wyczerpania. W 1898 roku swój atak przypuściła ekspedycja austriacka, ale spędziwszy 5 dni na wysokości 5900 m n.p.m., musiała zawrócić. W końcu w 1919 roku, po 42 latach opierania się człowiekowi, Huyana Potosi została zdobyta przez Niemców Rudolfa Dientsa i Otto Lohse.
O 9:30 rano stawiamy się w biurze i pakujemy do busa dobrany wcześniej sprzęt: uprzęże, raki, czekany, kaski, buty, kurtki, spodnie, rękawiczki, stuptuty. Razem z nami jadą dwie Amerykanki, Szwedka, Anglik i dwoje Francuzów.
Po godzinie busem (piękne widoki!) dojeżdżamy do bazy pod Huyana Potosi. Bazą jest skromna chata położona na 4700 m n.p.m. W chacie pijemy mate de coca (wywar z liści koki) i bez zbędnego ociągania przygotowujemy się do wyjścia.

Widok z drogi na Huyana Potosi

Widok z drogi na Huyana Potosi

Dzisiaj w planach jest tylko trening wspinaczkowy i aklimatyzacja. W tym celu idziemy na pobliski lodowiec, gdzie uczymy się chodzenia w rakach, asekuracji liną, używania czekana i wspinaczki w lodzie. Dla mnie i Hani to pierwszy raz, ale jest łatwiej, niż się spodziewaliśmy. Szczególnie wspinaczka w lodzie, wbrew temu, co myśleliśmy, wydaje się znacznie łatwiejsza niż wspinaczka skałkowa – zamiast szukać odpowiedniego chwytu, czy szczeliny na rękę lub nogę, wystarczy mocno wbijać czekan oraz raki i na nich się podciągać. Przynajmniej tak to działa na dole lodowej ściany, bo na górze zmęczenie daje się już mocno we znaki i każde podciągnięcie sprawia nam sporo problemów.

Idziemy na lodowiec

Idziemy na lodowiec

Trening wspinaczkowy

Trening wspinaczkowy

Hania z lodowcem w tle

Hania z lodowcem w tle

Lodowiec leży mniej więcej na 5000 m n.p.m., więc przy okazji zdobywamy aklimatyzację. Bo najlepszy sposób na aklimatyzację to wejść trochę wyżej w dzień, a następnie na noc wrócić niżej. Dzięki temu w ciągu dnia organizm przystosowuje się do wysokości przez zwiększenie ciśnienia krwi, liczby czerwonych krwinek i głębokości oddechów, a w nocy w czasie snu ma szansę się zregenerować.
Gdy mamy już wszystko mniej więcej opanowane, a brak tlenu zaczyna się dawać we znaki, rozpoczynamy odwrót. Pod wieczór robi się zimno, w dodatku jesteśmy zmęczeni zarówno wysiłkiem fizycznym, jak i samym przebywaniem na tak dużej wysokości, więc kiedy w końcu dostrzegamy bazę, czujemy ulgę. Tym bardziej, że w środku czeka na nas ciepły posiłek oraz duża ilość mate de coca.
Po kolacji siedzimy cała grupą i rozmawiamy o wyzwaniu, które jutro rozpoczynamy. Huyana Potosi to łatwa technicznie góra, ale nie można lekceważyć tego, że znajdziemy się na ponad 6 tys. m n.p.m. Statystyki mówią, że na szczyt Huyana Potosi dociera 50-70% próbujących, resztę pokonuje zmęczenie, choroba wysokościowa, lęk wysokości lub pogoda.
Rozmawiamy też z naszymi przewodnikami. Wyglądają na spokojnych, opanowanych i doświadczonych. Szybko okazuje się jednak, że ich wiedza ogranicza się tylko do najbliższej okolicy.
– Mount Everest? A co to jest? To chyba gdzieś w Afryce? – marszczy brwi przewodnik Juan. – Czomolungma? Nie, nic mi to nie mówi.
Żaden z nich nie wie, jaki jest najwyższy szczyt świata. Jeden słyszał za to o Aconcagui. Trochę dziwne, jak na ludzi, których pasją są góry i którzy mają na tyle duże doświadczenie górskie, żeby być przewodnikami. Bo mają, prawda?
Na pewno mają za to duże poczucie humoru.
– Vamos a la playa! – poganiają nas wesoło podczas wędrówki. – Idziemy na plażę!
Utrzymują też, że na szycie czkają na nas hektolitry zimnego piwa i że jak się nie pospieszymy, to piwo się ogrzeje.
Przed spaniem gramy jeszcze chwilę w karty, ale wszystkich bolą już od wysokości głowy, więc o 21:30 kładziemy się do łóżek.
Korzystamy z tego, że na tej wysokości organizm się jeszcze jako tako regeneruje i śpimy jak najdłużej. Ostatecznie zaplanowane na 9:00 wyjście przesuwamy na 10:00 (la hora Boliviana).
Przed wyjściem jedna z Amerykanek informuje grupę, że postanowiła zrezygnować.
– Wczorajszy trening to było moje absolutne maksimum – tłumaczy. – Nie wyobrażam sobie robić tego samego przez wiele godzin tysiąc metrów wyżej. Poza tym zabija mnie choroba wysokościowa, nie mam siły iść – mówi.
Żegnamy się i pozostała siódemka rusza do obozu wysokiego. Pogoda jest idealna, świeci słońce i jest nawet ciepło. Cały sprzęt i ciepłe ubrania niesiemy w plecakach – tutaj nie ma śniegu, więc raki i czekan na razie się nie przydają.

Droga do obozu wysokiego

Droga do obozu wysokiego

Idziemy właściwie cały czas wydeptaną ścieżką, ale podejście jest męczące – wysokość robi swoje. Co jakiś czas musimy odpoczywać. W czasie jednego z postojów wyprzedza nas Boliwijka. Nie wygląda zupełnie na zmęczoną, co trochę nas zawstydza. Tym bardziej, że to taka typowa boliwijska cholita w tradycyjnej spódnicy i z pełnym workiem na plecach.

Przystanek w drodze do obozu wysokiego

Przystanek w drodze do obozu wysokiego

Boliwijka

Boliwijka

Do obozu wysokiego (Campo Alto) docieramy wczesnym popołudniem. Położony jest na 5130 m n.p.m. w przepięknym miejscu z widokiem na szczyty. Sto metrów od obozu ustawiona jest latryna – myślę, że to jeden z najładniej położonych kibli na świecie.

Widok z obozu wysokiego

Widok z obozu wysokiego

Latryna z widokiem

Latryna z widokiem

Wszyscy jesteśmy jednak skupieni na innym widoku – z Campo Alto jak na dłoni widać szczyt Huyana Potosi. Po chmurze śniegu wokół wierzchołka można wnioskować, że dość mocno tam wieje.
Szczyt wygląda stąd, jakby oddalony był od nas o nie więcej niż pół godziny marszu. Wiemy jednak, że to złudne – w rzeczywistości jest znacznie dalej, poza tym zaraz za Campo Alto zaczyna się lodowiec i marsz stanie się dużo wolniejszy.

Widok z obozu wysokiego w stronę szczytu

Widok z obozu wysokiego w stronę szczytu

Campo Alto to kamienna chata z jedną izbą w środku, która służy zarówno za jadalnię, jak i sypialnię. Przy jednej ścianie stoi spory stół, resztę przestrzeni wypełniają piętrowe łóżka.
Do Campo Alto wspinacze wracają też po zdobyciu szczytu. Na ścianach widzimy wypisane przemyślenia dotychczasowych zdobywców i tych, którym nie udało się zdobyć góry. Raczej nie są budujące: „Byłem, zdobyłem, nigdy więcej”, „Najtrudniejszy dzień mojego życia”, „Dzisiaj zobaczyłem Boga”, ale także: „Nie zdobyłem Huyana Potosi, ale ulepiłem bałwana na 5300 m n.p.m.” i „Nigdy tyle nie pierdziałem”.
Po przyjściu do Camo Alto jemy lunch, po czym wszyscy kładziemy się do łóżek i ucinamy sobie drzemkę. O 18:00 wstajemy na chwilę na kolację, ale nie mamy już apetytu – trawienie na tej wysokości nie funkcjonuje za dobrze. Staramy się tylko nawodnić, więc pijemy dużo wody i mate de coca. Koło 19:00 kładziemy się jeszcze raz, bo 30 minut po północy planujemy rozpocząć atak szczytowy. Mi udaje się zasnąć tylko na chwilę, mój organizm zaczyna się już buntować i nie czuję się najlepiej.

Campo Alto

Campo Alto

O północy w obozie zaczyna się krzątanina, a o 00:30 ciepło ubrani z czołówkami na głowach wychodzimy z naszego schronienia. Przechodzimy tylko kawałek i zatrzymujemy się przy granicy lodowca. Tutaj ubieramy raki i związujemy się linami dla asekuracji w dwu lub trzyosobowe grupy. Ja idę z Elliotem, 17-letnim Anglikiem oraz przewodnikiem Juanem, Hania z przewodnikiem Carlosem.

Ubieramy raki

Ubieramy raki

Pierwszy etap to mozolna wędrówka po lodowcu. Nie idziemy prosto pod górę, tylko zygzakiem z lewej do prawej i z prawej do lewej, stopniowo zdobywając wysokość. Jest męcząco, w nocy właściwie nikt nie spał dobrze, a przed wyjściem większość dała radę wlać w siebie tylko trochę herbatki z koki, na jedzenie nie mieliśmy ochoty. W rakach na początku czujemy się niepewnie, bo jeden trening przedwczoraj to bardzo mało, ale z czasem nabieramy wprawy.

Marsz lodowcem

Marsz lodowcem*

Musimy być cały czas skoncentrowani, bo co jakiś czas trafiamy na szczelinę. Nie są szerokie, wystarczy zrobić większy krok, żeby znaleźć się po drugiej stronie, ale mają co najmniej kilkanaście metrów głębokości i lepiej byłoby żadnej nie przeoczyć.
Po trzech godzinach marszu dochodzimy do lodowej ściany. Najlepszym miejscem do wspinaczki jest wąski pionowy żleb. Po jego prawej stronie przewodnicy zamontowali linę. Gdy nachodzi moja kolej, prawą ręką łapię linę, a lewą wbijam czekan wysoko nad głową. Potem mocne kopnięcie prawą nogą, lewą nogą, a gdy raki są już wbite, podciągam się do góry. I znowu: prawa ręka wyżej, czekan wyżej, prawa noga, lewa noga, podciągnięcie.

Wspinaczka w lodzie

Wspinaczka w lodzie*

Każdy ruch to ogromny wysiłek. Jestem bardzo osłabiony wysokością, skostniałe ręce w rękawicach są dużo mniej sprawne niż zazwyczaj, a dodatkowe parę kilogramów w postaci ciepłych ubrań i plecaka na plecach nie ułatwia wspinaczki.
Ściana nie jest wysoka, ma może z 5-6 metrów, ale przy samym końcu wydaje mi się, że nie dam rady. Spoglądam w dół, ale widzę, że o odwrocie nie ma mowy. Odczekuję chwilę, zbieram się w sobie i z wielkim trudem podciągam się ostatni raz. Wczołguję się na krawędź i leżę przez kilka chwil oddychając ciężko.
Zza krawędzi wyłaniają się kolejne wyczerpane osoby. Juan i Elliot wspinali się przede mną, więc, gdy udaje mi się trochę uspokoić oddech i wziąć łyka wody, ruszamy dalej. W dole dostrzegam Hanię i Carlosa, do ściany zostało im jeszcze jakieś 100 metrów.
Kolejny odcinek to dalszy marsz pod górę. Robi się coraz zimniej, więc na kurtkę (żeby nie musieć jej ściągać) zakładam dodatkową bluzę. Jestem zmęczony, ale staram się trzymać równe tempo. Natomiast Elliot wyraźnie słabnie. Coraz częściej musimy robić przerwy, a po każdej musimy z przewodnikiem mobilizować go do drogi. Nie mamy za dużo czasu, bo musimy wejść na szczyt najpóźniej o wschodzie słońca. Poźniej, gdy promienie zaczną ogrzewać śnieg, ostatni etap do szczytu zrobi się bardzo niebezpieczny.

Ostatni etap do szczytu

Ostatni etap do szczytu, źródło: http://www.boliviaclimbinginfo.org

Odcinek przed granią szczytową to znowu wspinaczka w lodzie. Tym razem jest dużo łatwiej, bo ściana nie jest całkiem pionowa. Przemieszczamy się więc w górę w miarę szybko. Trzeba tylko uważać na kamienie i bryły lodu, które odrywają się czasem pod butami i mogą trafić kolejną osobę.

Odcinek przed granią szczytową

Odcinek przed granią szczytową*

Zaczyna się robić coraz jaśniej, niedługo powinno wzejść słońce. To dla nas znak, że musimy się spieszyć. Dochodzimy do grani szczytowej (zwanej także Granią Polską) i robimy jeszcze ostatni krótki odpoczynek. Stąd do szczytu zostało nam nie więcej niż 20 minut.

Po wejściu na Grań Polską

Po wejściu na Grań Polską*

Grań Polska prowadzi dość łagodnie w stronę szczytu. Jest jednak bardzo wąska, a po obu stronach na nieuważnego wspinacza czeka przepaść – z lewej jakieś 200 metrów, z prawej 1000 metrów w dół. Dlatego każdy krok stawiamy bardzo ostrożnie, a jeśli tylko jest z boku odrobina miejsca, podpieramy się dodatkowo czekanem. Nie chcemy pójść w ślady Polaka, na którego cześć nazwano grań – w 1994 roku spadł z niej i zginął.

Grań Polska

Grań Polska*

Gdzieś w trakcie pokonywania grani wschodzi słońce. Jestem jednak tak skupiony na każdym kroku, że nawet tego nie zauważam. Przed samym szczytem grań się rozszerza i ostatnie kilka metrów do szczytu jest już łatwiejsze.
A potem staję na szczycie.
Wiecie, Himalaiści używają w książkach górnolotnych słów. Że wejście na szczyt to niesamowite uczucie, że przeżywa się jakąś tajemniczą wewnętrzną przemianę, że radość jest nie do opisania, a człowieka przeszywa wzruszenie. Zawsze traktowałem to z dystansem, ale na szczycie Huyana Potosi zaczynam rozumieć. Te parę minut na czubku spędzam ze ściśniętym gardłem.
6058 m n.p.m., na których jesteśmy, to najwyższy punkt w całej okolicy. Wygląda to, jakbyśmy byli na szycie świata. Wschodzące słońce oświetla wszystko na żółto-pomarańczowo, dodając widokowi magii. W dodatku Huyana Potosi rzuca na stronę zachodnią ogromny trójkątny cień, obrazujący, jak potężna jest to góra.

Widok ze szczytu w stronę Grani Polskiej

Widok ze szczytu w stronę Grani Polskiej

Cień Huyana Potosi

Cień Huyana Potosi

Na szczyt wchodzą kolejne osoby. W końcu pojawia się też Hania – gratulujemy sobie, ale brakuje nam trochę słów. Docierają jeszcze dwa zespoły i przeliczam szybko grupę – są wszyscy! A więc poza Amerykanką, która zrezygnowała pierwszego dnia, całej ekipie udało się dotrzeć na wierzchołek. To znacznie powyżej średniej.
Na szczycie

Na szczycie

Na szczycie

Kilka szybkich zdjęć i po nie więcej niż 5 minutach na szczycie musimy schodzić. Słońce jest coraz wyżej i wystawiona na działanie promieni grań szczytowa stanie się zaraz bardzo niestabilna. Tak samo jak pozostałe odcinki, które na razie chowają się w cieniu, ale je też prędzej czy później słońce dosięgnie. Cieszymy się z sukcesu, jakim jest zdobycie szczytu przez całą grupę, ale trzeba jeszcze bezpiecznie zejść, co może się okazać zadaniem nawet trudniejszym.

Rozpoczynamy zejście

Rozpoczynamy zejście

Elliot, z którym jestem związany liną, jest już bardzo słaby. Przejście grani zajmuje nam teraz dobre pół godziny, czyli znacznie więcej niż pod górę.

Zejście granią

Zejście granią

Jeszcze gorzej idzie nam zejście z grani, gdzie Elliota musimy praktycznie opuszczać. Potem dość długo schodzimy lodowcem. Ciężko stawiamy kroki i ze zmęczenia coraz częściej się potykamy. Elliot co jakiś czas zatrzymuje się i musimy go mobilizować do dalszego marszu. Miejsce, w którym wchodząc musieliśmy wspinać się w lodzie, teraz pokonujemy stosunkowo łatwo – opuszczanie się wymaga dużo mniej siły niż podciąganie.
Ostatnie pół godziny lodowcem do obozu wysokiego idzie się już nieźle. Dostajemy nowej siły dzięki temu, że jesteśmy prawie 1000 metrów niżej, niż byliśmy jeszcze 2 godziny temu. Nawet Eliot porusza się już sprawnie przed siebie. Jest też znacznie cieplej i przyjemnie świeci słońce.
Około 10:00 docieramy do końca lodowca. Odpinamy raki, rozwiązujemy liny i ściągamy uprzęże. Pokonujemy ostatnie 100 metrów do obozu wysokiego i osuwamy się bez słowa na siedzenia. Stopniowo wracają kolejne zespoły, wraca też Hania i Carlos. Wszyscy dotarli bezpiecznie. Każdy siada w milczeniu i patrzy się przed siebie. Dopiero gdy zjadamy gorącą zupę, wraca nam odrobina energii i każdy zaczyna narzekać, jaki jest zmęczony i co go boli.
Na narzekanie nie ma jednak dużo czasu. Musimy pakować plecaki i schodzić dalej. Po kolejnych dwóch godzinach marszu jesteśmy w bazie. Dopiero tutaj mijają wszystkie dolegliwości związane z wysokością. Mamy w końcu chwilę na odpoczynek, ale przez to, że straciliśmy prawie 1400 metrów wysokości, czujemy się już znacznie lepiej i po krótkiej regeneracji wsiadamy w busa. O 15:00 jesteśmy już w La Paz. Idąc ruchliwą ulicą do hostelu, nie do końca wierzymy, że jeszcze 9 godzin temu staliśmy na szczycie Huyana Potosi, 6088 metrów nad poziomem morza…

* Zdjęcia oznaczone gwiazdką zostały umieszczone w tekście w miejscach pasujących do opisu wspinaczki, ale tak naprawdę zostały wykonane podczas zejścia. Droga w górę odbywała się w nocy i na zdjęcia było zbyt ciemno.

TAGI

ZOSTAW KOMENTARZ

MACIEJ SZARSKI
z ekipą
Wrocław, Polska

Hej! Jesteśmy grupą przyjaciół z Wrocławia, którzy w 2013 roku postanowili przerwać studia, rzucić pracę i ruszyć w podróż, Teraz wiemy już, że to była świetna decyzja, a pasja podróżowania do dzisiaj kieruje naszym życiem. Więcej o nas tutaj :)

Podróż 2 – Ameryka Środkowa
Szukaj
Statystyki
Liczba podróży: 2
Dni w podróży: 495 (+1*)
Odwiedzone kraje: 36
Przejechane kilometry: 57661
Największa wysokość: 6088 m
Najmniejsza wysokość: -28 m

* okrążając świat przeżyliśmy, tak jak Fileas Fogg, jeden dzień więcej niż ci, którzy spokojnie siedzieli wtedy w domach :)