Chłodzimy silnik
Przez - 15 Sierpień 2018

Droga między Calamą w Chile, a Uyuni w Boliwii przechodzi, jakżeby inaczej, przez Andy. Na wysokości 3700 m n.p.m., pośrodku niczego znajduje się przejście graniczne Ollagüe. Mała budka celników to jedyne, co wskazuje, że jesteśmy na granicy.
Kontrola dokumentów. Kilka prostych pytań. Skąd, dokąd, po co i dlaczego? Standardowo.
– Ile macie gotówki? – pyta celnik.
– Nic – odpowiadam zgodnie z prawdą.
Twarz mundurowego nabiera podejrzliwego wyrazu.
– Jak to nic? – dopytuje, a jego mina zdaje się mówić „coś kręcicie”.
– No nic, wydaliśmy wszystkie peso w Chile, a w Boliwii wybierzemy bolivianos z bankomatu.
Celnik bierze parę głębokich wdechów dając sobie kilka sekund na przemyślenie tego, co właśnie usłyszał. Potem jeszcze kilkanaście na przygotowanie riposty, aż w końcu dumny z siebie wypala:
– To jak zjecie obiad po drodze?
Ostatecznie udaje nam się jednak przekonać służbistę, że jedzenie mamy ze sobą, a do Boliwii, 121. kraju świata pod względem PKB na osobę, nie jedziemy układać sobie życia, pracując na czarno. Mimo, że udało nam się chyba wytłumaczyć, stoimy jeszcze z godzinę czekając nie wiadomo na co.
– La hora boliviana – mówi z uśmiechem ktoś w autobusie, gdy dopytujemy, czemu stoimy i kiedy ruszymy. To boliwijskie powiedzenie dosłownie tłumaczy się „boliwijska godzina” i znaczy mniej więcej tyle, co „bez pośpiechu”. Boliwijczycy uważają, że punktualność jest przereklamowana i do rozkładów jazdy nie przywiązują specjalnej wagi, na drogach nie zwykli się spieszyć, a na umówione spotkania potrafią spóźnić się nawet o godzinę. Takie podejście nazywają właśnie „la hora boliviana”.
W końcu celnik pokazuje, że możemy jechać. Przejście graniczne jest mniej więcej w połowie drogi, więc za kolejne 6 godzin powinniśmy być w Uyuni.
Uyuni znane jest głównie z leżącego obok miasta solniska (hiszp. „salar”), więc po przyjeździe zapisujemy się od razu na dwudniową wycieczkę po nim. Mamy szczęście, że jest to możliwe, bo, jak się dowiadujemy, dopiero wczoraj drogi zostały odblokowane. Blokady dróg to taka boliwijska codzienność – co chwilę jakaś grupa społeczna, lokalna wspólnota, czy związek zawodowy są z czegoś niezadowolone, a niezadowolenie to okazują blokując drogę.
– Zablokowana to zablokowana, przejedziemy jak będzie odblokowana – wzruszają ramionami Boliwijczycy – la hora boliviana.
Z protestującymi lepiej nie zadzierać. W 2016 roku do górników blokujących drogę w okolicach miejscowości Panduro wybrał się na negocjacje wiceminister spraw wewnętrznych Rodolfo Illanes. Górnicy porwali go i po kilkugodzinnych torturach zabili.
Na Salar jedziemy w 8 osób: ja i Hania, Richard i Ilish – para nowożeńców z Irlandii, dla których jest to podróż poślubna, francuskie małżeństwo z synem oraz nasz przewodnik Sergio. Przy wyjeździe z miasta zatrzymujemy się jeszcze przy cmentarzysku pociągów. Uyuni w przeszłości było węzłem przeładunkowym dla pociągów zmierzających z boliwijskich kopalń na wybrzeże Pacyfiku, gdzie minerały ładowane były na statki i transportowane do Europy. Jednak w latach czterdziestych XX wieku złoża minerałów zaczęły się wyczerpywać. W konsekwencji zamykano kopalnie, a część taboru kolejowego stała się zbędna. Niepotrzebne pociągi zaczęto porzucać na pustkowiu pod Uyuni i dziś możemy oglądać tu sporych rozmiarów kolejowe cmentarzysko.
Cmentarzysko pociągów

Cmentarzysko pociągów

Cmentarzysko pociągów

Cmentarzysko pociągów

Potem wjeżdżamy na Salar. Po idealnie równej (różnica poziomów na całym obszarze 10.000 km2 wynosi zaledwie 41 cm), pokrytej solą powierzchni kierujemy się w stronę wulkanu Tunupa, znajdującego się po przeciwnej stronie Salaru.
Salar jest pozostałością po słonym jeziorze Minchin, które wyschło około 20 tysięcy lat temu. Dzięki idealnie płaskiej powierzchni, przejrzystości powietrza oraz wysokiemu albedo (zdolności odbijania światła), Salar de Uyuni jest najlepszym punktem na kuli ziemskiej do kalibracji instrumentów pomiarowych satelit.
W połowie drogi do wulkanu silnik naszego dżipa przegrzewa się i robimy wymuszoną przerwę.
– La hora boliviana – wzrusza ramionami kierowca, gdy Francuzi zaczynają się niecierpliwić. Nam postój nawet pasuje, bo mamy chwilę na zdjęcia i podziwianie widoków.
Chłodzimy silnik

Chłodzimy silnik

Salar de Uyuni

Salar de Uyuni

Zabawy perspektywą

Zabawy perspektywą

Po pół godziny samochód jest gotowy do jazdy. Po drodze robimy jeszcze dwa krótkie postoje. Pierwszy – przy pomniku Beduina, będącego symbolem Rajdu Dakar, który w 2014 roku po raz pierwszy zawitał do Boliwii i prowadził właśnie przez Salar. Drugi – w miejscu, gdzie trwa akurat wydobycie soli. Zasoby soli na Salarze szacuje się na ok. 10 miliardów ton, z których, ze względu na słabo rozwinięty przemysł, wydobywa się zaledwie 25 tysięcy ton rocznie. Wydobycie polega na zbieraniu soli na kilkudziesięciocentymetrowe kupki, które następnie zostawia się do wyschnięcia na słońcu przez około 4 dni. Potem sól ładowana jest na ciężarówki i zawożona do wioski Colchani na obrzeżach Salaru, gdzie jest dalej suszona, jodowana i pakowana (wioskę też odwiedzamy).

Pomnik Beduina

Pomnik Beduina

Suszenie soli

Suszenie soli

Dziecko w wiosce Colchani

Dziecko w wiosce Colchani

Późnym popołudniem dojeżdżamy do podnóża wulkanu. Zostawiamy rzeczy w hostelu z soli, w którym będziemy nocować, i idziemy obserwować zachód słońca nad Salarem. Zachód jest cudowny, w dodatku przychodzi do nas kilka alpak, a na skraju Salaru spaceruje wielkie stado flamingów. Ale gdy tylko słońce chowa się za widnokrąg, bardzo szybko robi się zimno, więc wracamy do naszego solnego schronienia. Resztę wieczoru spędzamy na rozmowach z naszymi towarzyszami podróży przy mate i zrobionym z soli stole. W nocy nocleg zapewniają nam ułożone na sześciennych bryłach soli materace, a sporych rozmiarów blok soli robi za stolik nocny.

Hostel z soli

Hostel z soli

Solny pokój

Solny pokój

Alpaki

Alpaki

Flamingi

Flamingi

Rano rozpoczynamy wspinaczkę na nieczynny wulkan Tunupa. Podejście jest męczące – zbocze jest strome, ścieżka nieudeptana, a tlenu mało. Kawałek przed szczytem znajdującym się na 5321 m n.p.m. musimy niestety zawrócić, bo umówiliśmy się z Sergio, że o 17:00 będziemy z powrotem. Ale widoki i tak są piękne.

Wspinaczka na wulkan Tunupa

Wspinaczka na wulkan Tunupa

Krater wulkanu

Krater wulkanu

Widok z wulkanu

Widok z wulkanu

Na zboczu wulkanu zahaczamy o jaskinię, w której 1300 lat temu pochowano kilkoro zmarłych z ludu Chipaya. Choć „pochowano” to trochę za dużo powiedziane, bo szkielety siedzą po prostu oparte o ściany jaskini. Dzięki wysokości oraz chłodnemu i suchemu klimatowi uległy naturalnej mumifikacji i zachowały się w bardzo dobrym stanie – część z nich wciąż ma skórę oraz włosy.

Szkielet w jaskini

Szkielet w jaskini, źródło: https://www.flickr.com/ahenaol

W drodze powrotnej odwiedzamy Isla del Pascado. W czasach, gdy Salar był jeziorem, Isla del Pescado była wyspą. Dziś jest wyrastającym z Salaru wzgórzem, porośniętym tysiącami kaktusów.
Widok z Isla del Pescado

Isla del Pescado

Isla del Pescado

Po powrocie do Uyuni jemy pożegnalny obiad z Richardem i Ilish, których bardzo polubiliśmy, a wieczorem idziemy na autobus do Potosí.
– Brak miejsc siedzących – oznajmia señor conductor.
Bierzemy więc stojące. Zanim wchodzimy do autobusu, naszą uwagę zwraca Boliwijczyk, który rozkłada się… w luku bagażowym! My, Europejczycy musimy się jeszcze dużo nauczyć o podróżowaniu :)
Pasażerowie z miejscówkami zajmują swoje miejsca, Hania i ja ustawiamy się razem z kilkunastorgiem innych w przejściu. Kierowca zamyka pana w luku i ruszamy. Niecałą godzinę później autobus staje w środku niczego.
– La avería – ogłasza señor conductor i wchodzi pod pojazd – Awaria.
Kierowca walczy dzielnie, ale po godzinie się poddaje. Przyjdzie autobus zastępczy. Kiedyś. La hora boliviana.
Wieść o tym, że na odludziu zepsuł się autobus, szybko się roznosi. Mieszkańcy okolicznych wiosek od razu wiedzą co robić – biorą towar i zjawiają się przy pojeździe. Jeden sprzedaje ciastka, inny napoje chłodzone w wiadrze z wodą, ktoś inny salteñas. Salteñas to boliwijski odpowiednik empanad, różnią się tym, że salteñas mają dużo bardziej płynne nadzienie, które po rozgryzieniu ma w zwyczaju zalewać ubranie. Boliwijczycy żartują, że żeby otrzymać boliwijskie obywatelstwo, trzeba zdać test z jedzenia salteñas bez ubrudzenia się (ja bym nie zdał!).
Po dwóch godzinach przyjeżdża autobus zastępczy. Ku naszej uciesze (i smutkowi pana z luku, któremu najwyraźniej było tam bardzo wygodnie), autobus jest większy niż poprzedni i wszyscy załapujemy się na miejsca siedzące.
Do Potosí docieramy późnym wieczorem. Na dworcu zaczepia nas dziewczyna z Kolumbii.
– Macie gdzie nocować? – pyta. – Ja też nie. Mogę szukać z Wami? W trzyosobowym pokoju będzie taniej.
Oczywiście zgadzamy się. Nasza nowa koleżanka nazywa się Maleja, mieszka w Bogocie i robi doktorat z zachowań małp. A do Boliwii wyskoczyła na krótkie wakacje.
Potosí to miasto, które, dzięki znajdującej się w nim kopalni, stało się krótko po założeniu w 1545 przez Hiszpanów bardzo bogate. W XVI wieku pozyskiwano tutaj 60% światowego srebra, a niskie koszty wydobycia zapewniano dzięki zaawansowanej jak na tamte czasy technologii i darmowej sile roboczej – do pracy w kopalni najpierw zmuszano okolicznych Inków, jednak liczba zgonów była tak duża, że wkrótce rąk do pracy zaczęło brakować i Hiszpanie zmuszeni byli sprowadzać 1500-2000 niewolników z Afryki rocznie. Ci jednak, ze względu na nieprzystosowanie do wysokości i niskiej temperatury, byli bardzo mało wydajni i szybko umierali.
Kobiety w Potosi

Kobiety w Potosi

Kobiety w Potosi

Dzisiaj zasoby srebra w Potosí praktycznie są już wyczerpane i w kopalni wydobywa się głównie cynk. Średnie zarobki w wysokości $360 to znacznie więcej, niż zarabia się w innych zawodach, więc dla wielu mężczyzn z Potosí praca w kopalni jest jedynym sposobem na utrzymanie rodziny. Pracownicy kopalni mają od 14 do około 50 lat. Starsi w większości już nie żyją – praca jest bardzo niebezpieczna, wielu ginie w wypadkach, duże żniwo zbiera też pylica oraz trujące gazy. Do tego, aby lepiej znosić długie zmiany, wysiłek i głód, górnicy żują bez przerwy liście koki.
Górnicy z Potosí, tak jak zdecydowana większość Boliwijczyków, są mocno wierzącymi katolikami. Modlą się do Boga, wierzą, że Jezus był mesjaszem i regularnie chodzą do kościoła. Ale to wszystko nie ma znaczenia, gdy schodzą po ziemię. W kopalni rządzi bowiem diabeł, zwany El Tio. Hiszpańscy kolonizatorzy, oprawcy i misjonarze w jednym, straszyli Inków, że jeśli ci nie będą odpowiednio pracować, to spotka ich gniew diabła. Inkowie już wcześniej wierzyli w ducha gór, więc łatwo było im przyjąć diabła jako władcę podziemnych tuneli. Żeby uniknąć diabelskiego gniewu, zaczęli ustawiać jego figury i starać się obłaskawić go darami z alkoholu, liści koki i papierosów. Dzisiaj górnicy schodząc pod ziemię wciąż zabierają trochę więcej koki i papierosów niż sami potrzebują i obdarowują nimi El Tio. Starają się też zdobyć jego przychylność 96-procentowym alkoholem, którym polewają najpierw jego dłonie, potem stopy, a na końcu – najważniejsze – penisa. Wierzą bowiem, że srebro i cyna, których szukają, powstają z seksu El Tio i Pachamamy (Matki Ziemi). A na powierzchni wszyscy co niedzielę spotykają się w kościele.
W związku z tym, że duża część mieszkańców Potosí pracuje w kopalni, w mieście powstało wiele sklepów z niezbędnym sprzętem: ubraniami, kilofami, lampami, czy… dynamitami. Dynamity kupić tutaj może legalnie, w cenie 20 bolivianos (ok. 11 zł) za sztukę. Podobno nie zawierają metali, przez co są niewykrywalne dla lotniskowych bramek.
Po kopalni oprowadza nas Juan, który kiedyś był górnikiem, ale jako jeden z niewielu nauczył się mówić po angielsku, dzięki czemu znalazł pracę jako przewodnik. To dużo łatwiejsza i przyjemniejsza praca, ale Juan stara się pomagać jak może byłym kolegom i zachęca zwiedzających do kupowania dynamitów, jedzenia, liści koki oraz papierosów i zanoszenia ich pracującym górnikom.

Przewodnik Juan

Przewodnik Juan

Kopalnia w Potosí

Kopalnia w Potosí

Kopalnia w Potosí

Jedno z wejść do kopalni

Jedno z wejść do kopalni

El Tio

El Tio

Po wyjściu z kopalni Maleja okazuje się bardzo przydatna, bo zna boliwijskie potrawy i potrafi nam dobrze doradzić. Próbujemy m. in. K’alapurki – zupy z kukurydzy z zatopionym rozgrzanym kamieniem, będącej typowym daniem dla Potosi. Do tego zamawiamy trochę mięsa i ziemniaków. Do każdego dania obowiązkowym dodatkiem są wielkie białe ziarna kukurydzy – zupełnie inne, niż te, które znamy w Polsce. W Ameryce Południowej wyróżnia się 45 gatunków kukurydzy i każdego używa się trochę inaczej. Całość popijamy malta quinua – lokalnym bezalkoholowym napojem ze słodu i quinoa (komosy ryżowej). Boliwia wraz z Peru odpowiadają za 88% światowej produkcji quinoa.

Maleja, malta quinua i danie z boliwijską kukurydzą

Maleja, malta quinua i danie z boliwijską kukurydzą

Z Potosí nocnym autobusem jedziemy do Sucre. To ładne miasto z kolonialną architekturą, ale jeden dzień w zupełności wystarcza nam na zwiedzenie. Przypadkiem wpadamy jeszcze na Richarda i Ilish, których poznaliśmy w Uyuni, a potem znów wsiadamy w nocny autobus i jedziemy do La Paz.
Sucre

Sucre

Sucre

La Paz to jedna z dwóch stolic Boliwii. Drugą, tą wpisaną w konstytucji, jest Sucre, ale w praktyce to La Paz jest najważniejszym miastem – tutaj siedzibę mają rząd, parlament, prezydent i ambasady. La Paz jest najwyżej położoną stolicą świata – rozciąga się między 3200 a 4100 m n.p.m. Aż 900 metrów przewyższenia między dzielnicami La Paz, powoduje, że w obrębie miasta spotkać można znacznie różniące się od siebie klimaty.
Naszym głównym celem w okolicy La Paz jest zdobycie sześciotysięcznika Huyana Potosi. Żadne z nas nie było nigdy tak wysoko, więc decydujemy się skorzystać z przewodnika. Odwiedzamy kilka biur organizujących takie wejścia i wybieramy najtańsze. Okazuje się, że mają grupę, która wspinaczkę rozpoczyna już jutro. Podekscytowani i lekko zestresowani zapisujemy się. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za parę dni staniemy na 6088 m n.p.m…

TAGI

15 Sierpień 2018

ZOSTAW KOMENTARZ

MACIEJ SZARSKI
z ekipą
Wrocław, Polska

Hej! Jesteśmy grupą przyjaciół z Wrocławia, którzy w 2013 roku postanowili przerwać studia, rzucić pracę i ruszyć w podróż, Teraz wiemy już, że to była świetna decyzja, a pasja podróżowania do dzisiaj kieruje naszym życiem. Więcej o nas tutaj :)

Podróż 2 – Ameryka Środkowa
Szukaj
Statystyki
Liczba podróży: 2
Dni w podróży: 495 (+1*)
Odwiedzone kraje: 36
Przejechane kilometry: 57661
Największa wysokość: 6088 m
Najmniejsza wysokość: -28 m

* okrążając świat przeżyliśmy, tak jak Fileas Fogg, jeden dzień więcej niż ci, którzy spokojnie siedzieli wtedy w domach :)