Przez - 26 Sierpień 2015

Im dalej na południe, tym trzęsie bardziej. Ja i pozostali pasażerowie jadący do Darién obijamy się o siebie, o ściany autobusu, a nawet o dach – wszystko w półśnie i przy włączonej na pełen regulator panamskiej muzyce.
Gdzieś w środku niczego autobus staje. Trzeba wysiadać – kontrola bagażu. Dla mnie dodatkowo odnajdują księgę w formie zeszytu A4, gdzie wpisują obcokrajowców wjeżdżających do Darién. Po przeszukaniu trzeba od nowa poukładać wszystkie bagaże na dachu i przykryć folią na wypadek deszczu. Na szczęście nasz kierowca jest w tym dość sprawny i niedługo znów siedzimy w autobusie obijając się o siebie.
Darién to ogólna nazwa regionu na południu Panamy, ja muszę zdecydować w jakim mieście w regionie chcę wysiąść. Ostatecznie stawiam na Yavizę – liczę, że stamtąd jakoś dostanę się w głąb dżungli. Yaviza jest ostatnim miastem na Panamericanie przed tym, jak przerywa ona swój bieg, by kontynuować go dalej dopiero w Kolumbii. Bo właśnie tutaj, między Panamą a Kolumbią, znajduje się słynna Darién Gap – gęsta, nieprzebyta dżungla tropikalna, która zatrzymała nawet Panamericanę. Ale wbrew temu, co głosi mit, stukilometrowa przerwa w drodze prowadzącej z Alaski aż do Patagonii (ponad 25 tysięcy kilometrów!) nie została wymuszona przez naturę. Panamska część drogi nie kończy się nagle zarośniętymi porzuconymi buldożerami, jak kiedyś słyszałem. Nigdy nie próbowano budować dalej (choć plany były) i budowniczy nie zostali pokonani przez dżunglę. Dlaczego zatem połączenia z Kolumbią nie ma? Z braku woli ze strony Panamy. Po pierwsze, do niedawna w Kolumbii toczyła się wojna domowa i Darién Gap była dla Panamy idealnym buforem osłaniającym ją przed wszystkimi działaniami wojennymi. Poza tym ukończenie drogi ułatwiłoby przemyt narkotyków z Kolumbii i nielegalną imigrację, umożliwiłoby rozprzestrzenienie się w Ameryce Środkowej chorób bydła, które na razie ograniczone są do Ameryki Południowej oraz ułatwiłoby nielegalną wycinkę drzew. Zatem bardziej dlatego, niż przez opór natury, brakujące 100 km pewnie prędko nie powstanie.
To jak w takim razie kończy się Panamericana? Zwyczajnie. Wchodzi do miasta, robi się coraz węższa, aż w końcu na którymś skrzyżowaniu można pojechać tylko w prawo albo w lewo. Tyle. Żadnych fajerwerków, czeluści piekielnych, ani nawet buldożerów porośniętych przez dżunglę.
W Yavizie rozpoczynam poszukiwania. Potrzebuję kogoś, kto zna okolicę, ma łódkę i zabierze mnie głębiej do dżungli. Jakiś policjant mówi, że muszę wyrobić specjalne pozwolenie. Jasne, żaden problem. Idę we wskazane miejsce i… zamknięte. Dowiaduję się od kogoś, że czynne jest od poniedziałku do piątku od 7 do 16. A więc – patrzę na zegarek – jeszcze godzina do otwarcia, nie jest źle.
– A jaki dziś dzień? – pytam
– Sobota.
– O nie…
Przez parę godzin próbuję jeszcze dostać się do dżungli bez pozwolenia, ale najwyraźniej to niemożliwe. Spędzam godzinę na obserwowaniu rozładunku bananów, idę na spacer wzdłuż Panamericany (z powrotem podrzuca mnie rozklekotany autobus szkolny) i, wykorzystawszy już wszystkie możliwości Yavizy (samo miasto obszedłem całe w 10 minut szukając urzędnika od pozwoleń), decyduję się jechać gdzie indziej. Do otwarcia biura w poniedziałek umarłbym tu z nudów.

Rozładunek bananów w Yavizie

Rozładunek bananów w Yavizie

Dwoma autobusami dojeżdżam do Puerto Quimba, potem łódka i jestem w La Palma – stolicy i największym mieście Darién. La Palma to miasto zbudowane wzdłuż jednej ulicy i zamieszkane zaledwie przez 4 tysiące mieszkańców. Ale jak na stolicę przystało jest tu jedyny w regionie szpital.

La Palma - stolica Darien

La Palma – stolica Darien

Główna ulica w La Palma

Główna ulica w La Palma

Na obiad małże i platany

Na obiad małże i platany

Znajduję nocleg i idę zasięgnąć języka. Zaczepia mnie jakaś pani i prosi o pomoc przy zdaniu domowym z angielskiego jej wnuka. W ramach podziękowania stawia piwo. Dosiada się jej mąż oraz kolega męża – jak się okazuje Indianin z plemienia Wounaan. Juan, bo tak się nazywa, opowiada o swojej wiosce i swojej żonie, która lepi piękne tradycyjne garnki. W końcu proponuje, żebym popłynął z nim do wioski.
Wioska nie jest daleko, płyniemy może z 10 minut. Na brzegu stoją trzy domy, krząta się też jakaś kobieta, zapewne żona Juana. Gdy łódka delikatnie uderza w brzeg, stawiam pierwszy krok na stałym lądzie. Nagle… zza domu wyskakuje pies. Wbija zęby w moje udo, potem puszcza i, zanim zdążam zareagować, ucieka. Pewnie nieczęsto widzi tu obcych.
Oglądam garnki żony Juana – faktycznie są ładne. Juan próbuje mi wręczyć jeden jako prezent, ale tłumaczę, że nie uda mi się go dowieźć w całości do Polski.
Po chwili widzę, że moja noga delikatnie krwawi. Przemywam butelkowaną wodą, ale to znak, że bez wizyty w szpitalu się nie obędzie. Juan odwozi mnie łódką do La Palma, a potem jedzie ze mną do szpitala pod miastem. Jakie to szczęście, że jestem akurat w La Palma – nigdzie indziej w Darién szpitala bym nie znalazł. Pielęgniarka i lekarz, który medycynę studiował w Moskwie, wyraźnie się nudzą i stanowię dla nich miłą odmianę. Na wściekliźnę jestem zaszczepiony, zresztą podobno nie występuje ona w okolicy, ale dostaję zastrzyk przeciwko tężcowi, antybiotyk w tabletkach i maść z antybiotykiem.
– To wszystko – mówi pielęgniarka, gdy kończy opatrywać ranę i wręcza mi leki – może Pan iść.
– Ale… mam coś zapłacić? – pytam.
– Hm, nie wiem – odpowiada zaskoczona pielęgniarka.
Idzie skonsultować sprawę z lekarzem, ale on też nie ma pojęcia. Chyba pierwszy raz mają do czynienia z obcokrajowcem w szpitalu. W końcu decydują się wziąć ode mnie $15. Myślę, że to uczciwa cena za wizytę w szpitalu, szczepienie na tężec i dwa antybiotyki. Nawet jeśli nie dostaję na to żadnego paragonu :)

Ugryziony przez psa

Ugryziony przez psa

Następnego dnia dalej chodzę po mieście i wypytuję. A że miasto jest niewielkie, to niedługo każdy wie, że gringo chce do dżungli. W końcu pod domem, gdzie nocuję, zjawia się człowiek, który pochodzi z Mogocénega – małej wioski na skraju dżungli. Mówi, że może mnie tam zabrać, a potem zaprowadzić przez dżunglę do indiańskiej wioski Mogué. Tego mi trzeba było – ustalamy cenę, pakuję plecak i jedziemy do Mogocénega.
Mogocénega to zaledwie kilka domów, między którymi biegają kury oraz świnie. Poznaję rodzinę mojego przewodnika i przebieram buty, a on ostrzy maczetę.
Gdy maczeta jest gotowa, ruszamy do Mogué. Plemię zamieszkujące Mogué nazywa się Emberá – tyle dowiaduję się od przewodnika, dalej idziemy w ciszy przerywanej tylko cięciami maczety. Jest duszno i gorąco, ale ścieżka jest wyraźnie wydeptana, więc idzie się dość łatwo. Po jakiś dwóch godzinach dochodzimy do rzeki i przekraczamy ją w płytkim miejscu. Wspinamy się na wzniesienie po drugiej stronie i naszym oczom ukazuje się wioska.

Droga do Mogué

Droga do Mogué

Domy są drewniane, ustawione na palach. Na parterze, między palami jest najczęściej coś w rodzaju pomieszczenia gospodarczego. Na piętrze, na które prowadzi drabina, porozwieszane są hamaki, kosze, naczynia. Wszystko jest widoczne i odsłonięte – domy nie mają ścian, składają się wyłącznie z pali podtrzymujących dach zrobiony liści palmowych, lub (coraz częściej) blachy falistej. Toaleta jest wspólna na zewnątrz, prysznic – w rzece.

Mogué

Mogué

Hamak w jednym z domostw

Hamak w jednym z domostw

Budka telefoniczna w wiosce

Budka telefoniczna w wiosce

Dosiadam się do grupki siedzącej przed sklepem (tak, mają sklep, można kupić napoje, piwo i ciastka). Zostaję przyjęty bardzo przyjaźnie, wszyscy zaczynają zasypywać mnie pytaniami i każdy chce się przedstawić. Mówią po hiszpańsku, choć między sobą na codzień porozumiewają się w języku Emberá. Tylko jeden z nich w ogóle się nie uśmiecha.
– Soy gefe del pueblo – mówi z dumą, gdy przychodzi jego kolej – jestem szefem wioski.
– Mucho gusto – odpowiadam grzecznie – miło mi.
– Słuchaj – kontynuuje – wstęp do wioski kosztuje $10, nocleg w wiosce $10, a koordynator $20. Razem $40, rozumiesz?
– Koordynator?
– Tak, koordynator. Za każdym razem, gdy czegoś potrzebujesz, zwracasz się do koordynatora, nie do mnie bo ja jestem szefem, jasne?
– Jasne, ale $40 to trochę dużo…

Sklep w Mogué

Sklep w Mogué

W wiosce świętuje się dzisiaj Dzień Ojca. To znaczy, że wszędzie leje się piwo lub chicha – lekki domowy alkohol z kukurydzy. Szybko zaprzyjaźniam się z dużą częścią mieszkańców. Właściwie ze wszystkimi oprócz gefe. Są też goście z sąsiedniej wioski, godzinę piechotą od Mogué. Jeden z nich, Junier, zaprasza mnie do siebie. Mówi, że u nich nie ma gefe ani żadnych głupich opłat. A w 2004 roku mieli u siebie w wiosce przez kilka dni gościa z Niemiec, ja byłbym drugi. Oczywiście z chęcią przystaję na tę propozycję.
Gdy zaczynam się zbierać, żeby iść z Junierem, nadchodzi gefe. Twierdzi, że wypiłem już jedno (małe!) piwo, więc nie mogę iść przez dżunglę w tym stanie. Oczywiście mogę olać gefe i opuścić Mogué, ale chyba nie chcę wywoływać wojny między wioskami. Staje na tym, że gefe pomyśli i może jutro wyrazi zgodę, żebym przeniósł się do drugiej wioski, tymczasem zostaję u niego.
W Mogué wszyscy już mnie znają, więc nie jestem już „gringo”, tylko „el Polaco”.
– Ej, Polaco, chodź na chwilę – słyszę z co drugiego domu, gdy przechodzę przez wioskę. Niektórzy chcą tylko pogadać, inni zapraszają do środka. U jednej rodziny dostałem zaproszenie na mecz (mieli telewizor), u drugiej obiad (kawałek mięsa, ryż, platany), a u kilku innych szklaneczkę domowej chichy. Gdy w końcu doszedłem na koniec wioski, gdzie grano jakąś indiańską muzykę, minęło tyle czasu, że nadeszła pora tabletki (antybiotyk po ugryzieniu psa). A więc znów przez całą wioskę po lekarstwo, a po drodze z każdym pogadać, napić się odrobiny chichy i coś zjeść. Ciężkie jest życie białego w indiańskiej wiosce.
Mężczyźni w wiosce ubrani są normalnie – szorty, czasem t-shirt i japonki. Kobiety w większości mają na sobie tradycyjne kolorowe spódnice – właściwie to raczej kolorowy materiał, który owijają wokół bioder. Niektóre mają jeszcze jakąś bluzkę, inne od pasa w górę są nagie. Żyją głównie z rybołówstwa, uprawy platanów (takich bananów do gotowania), na swój użytek hodują też świnie i kury. Do lat 60-tych żyli jeszcze w niewielkich grupkach po co najwyżej kilka domostw, potem za sprawą misjonarzy zaczęli się powoli osiedlać w większych społecznościach, takich jak Mogue. Często koło siebie znajduje się kilka społeczności, oddalone od siebie o kilka godzin drogi przez dżunglę (pieszo oczywiście).

W jednym z domów

W jednym z domów

Dzieci Emberá

Dzieci Emberá

Krótko po zachodzie słońca wioska powoli zasypia pijackim snem. Ja dostaję hamak w chacie koordynatorki, ale nie mam moskitiery, a w tym rejonie dużym zagrożeniem jest malaria, więc decyduję się rozbić namiot.
Budzę się koło 6 i dowiaduję się, że jedyny mężczyzna udający się dzisiaj łódką do miasta już odpłynął. Następna okazja dopiero pojutrze. Po niespodziewanych opłatach dla gefe nie mam już gotówki, a samotny powrót przez dżunglę nie wchodzi w grę (przewodnik, który mnie przyprowadził, wrócił do siebie wczoraj). Pozostaje mi liczyć, że Junier na trzeźwo podtrzyma swoje zaproszenie i przyjdzie po mnie później oraz że gefe wyrazi łaskawie zgodę, żebym przeniósł się do wioski Juniera.
W międzyczasie idę na spacer nad rzekę Rio Mogue, gdzie spotkam mężczyznę Emberá odcumowującego łódź.
– Va a La Palma? – pytam – Płynie pan do La Palma?
– Si.
– Serio? Zaczeka pan 10 minut, pobiegnę tylko po swój plecak?
Mężczyzna się zgadza, a ja w ekspresowym tempie biegnę do wioski, składam namiot, pakuję plecak i zdyszany wracam do przystani. Po godzinie dopływamy do stolicy, potem kolejna łódka do Puerto Quimba, a stamtąd autobus z powrotem do Panama City.

Powrót z Mogué

Powrót z Mogué

W drodze mam dużo czasu na rozmyślanie. Może trzeba było jednak zostać? W wiosce Juniera nie potrzebowałbym pieniędzy, a mogła to być niepowtarzalna szansa zamieszkania na dłużej z Indianami. Z drugiej strony, wszyscy byli wczoraj pijani, nie jestem nawet pewien czy Junier pamięta swoje zaproszenie. Jeśli by się nie zjawił, nie miałbym pojęcia, gdzie go szukać, a na pobyt w wiosce gefe nie było mnie stać – usprawiedliwiam się przed sobą. W głębi duszy czuję jednak, że popełniłem błąd – wszystko by się jakoś ułożyło, przecież Indianie nie daliby mi umrzeć z głodu, a nie często ma się okazję zamieszkać w indiańskiej wiosce…

TAGI

ZOSTAW KOMENTARZ

MACIEJ SZARSKI
z ekipą
Wrocław, Polska

Hej! Jesteśmy grupą przyjaciół z Wrocławia, którzy w 2013 roku postanowili przerwać studia, rzucić pracę i ruszyć w 14-miesięczną autostopową podróż dookoła świata, Teraz wiemy już, że to była świetna decyzja, a pasja podróżowania do dzisiaj kieruje naszym życiem. Więcej o nas tutaj :)

Podróż 2 – Ameryka Środkowa
Szukaj
Statystyki
Liczba podróży: 2
Dni w podróży: 495 (+1*)
Odwiedzone kraje: 36
Przejechane kilometry: 57661
Największa wysokość: 6088 m
Najmniejsza wysokość: -28 m

* okrążając świat przeżyliśmy, tak jak Fileas Fogg, jeden dzień więcej niż ci, którzy spokojnie siedzieli wtedy w domach :)