Przez - 11 Maj 2015

Ptaki, które wypatrzyliśmy przez okno w drodze do Arthur’s Pass, ciągle siedzą na barierce. Pochodzimy bliżej, a one, nie dość, że nie uciekają, to okazują nawet zainteresowanie nami. Jeszcze kilka kroków i rozpoznajemy w nich kee. Kea to jedyny gatunek papugi żyjący w klimacie alpejskim. Występują tylko na Wyspie Południowej Nowej Zelandii i znane są ze swojej bardzo rozwiniętej inteligencji. Kee potrafią rozwiązywać zagadki logiczne, działać zespołowo, a nawet wytwarzać i używać prostych narzędzi.
Kei siedzi na barierce kilka i nie uciekają od ludzi, póki utrzymuje się dystans co najmniej pół metra. Gdy podejdzie się bliżej, odchodzą właśnie na jakieś 50 centymetrów, ale gdy się nimi nie interesuje, same zbliżają się, jakby chciały na siebie zwrócić uwagę.

Kea na płocie

Kea na płocie

Oraz w locie

Oraz w locie

W końcu zbieramy się do samochodu, ale już kilkanaście kilometrów dalej parkujemy auto i idziemy w góry. Wybieramy szlak do Bealey Spur Hut, który zajmuje 2 godziny i kończy się przy kolejnej z nowozelandzkich turystycznych chatek. Liście na drzewach mienią się wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni, a na niebie świeci słońce. Pod chatką bawi się wesoło kea, a kawałek dalej w cieniu na niewielkiej płachcie śniegu grupka australijskich dzieci, które pierwszy raz w życiu widzą taki dziwny zimny biały puch.

Widok z Bealey Spur Hut

Widok z Bealey Spur Hut

Mimo że szlak już się skończył, to do szczytu został jeszcze kawałek. Będąc tak blisko, postanawiamy z Grześkiem sprawdzić, jaki widok rozciąga się z czubka. Wejście zajmuje nam niecałą godzinę. Nie ma tu już ścieżki, kierujemy się po prostu przed siebie. Idziemy w krótkich rękawkach, bo słońce przyjemnie przygrzewa i nawet gdy pod koniec docieramy ponad granicę śniegu, nie marzniemy.
Widok z góry faktycznie robi wrażenie. W dodatku okazuje się, że będąc już na szczycie można aż po horyzont iść ośnieżoną granią. My, choć bardzo żałujemy, przechodzimy tylko kawałek, bo robi się późno, nie mamy ciepłych ubrań, a przy chatce czekają na nas Marta i Kuba.
Schodzimy przed zmierzchem i jedziemy do Kaikoury, gdzie rozbijamy namiot na plaży. Tu, w Kaikourze jesteśmy w najbardziej oddalonym od Polski miejscu, w jakim kiedykolwiek byliśmy i, jeśli nie trafimy w tej podróży przypadkiem ma Wyspę Północną lub Wyspy Chatham, jeszcze długo będziemy. W ogóle Nowa Zelandia jest krajem, który ze wszystkich państw na świecie leży najdalej od Polski, a z Kaikoury mamy do domu ponad 18 tysięcy kilometrów w linii prostej.
Kaikoura to dawne centrum wielorybnictwa, bo u jej wybrzeży od stuleci można spotkać kilka gatunków wielorybów. Wielorybnictwa zaprzestano w 1964 roku, ponieważ wielorybów było już tak mało, że ich połów przestał być opłacalny. Dzisiaj Kaikoura żyje z turystycznych rejsów pokazujących przyjezdnym życie tych wielkich morskich ssaków. Nam udało się z racji prowadzenia bloga uzyskać 50-procentową zniżkę dziennikarską na taki rejs.
– Kia ora! – wita nas na pokładzie doświadczony maoryski kapitan.
„Kia ora” to w języku Maorysów, pierwotnych mieszkańców Nowej Zelandii, „dzień dobry”. Maorysi, mimo że uznawani są za rdzenną ludność tego kraju, przybyli tu całkiem niedawno, bo zaledwie 400 lat przed osadnikami europejskimi. Prawdopodobnie przypłynęli na niewielkich canoe z okolic Tahiti, więc do pokonania mieli prawie cztery tysiące kilometrów, co biorąc pod uwagę ówczesną technologię i fakt, że nie mieli pojęcia, czy dotrą do jakiegoś lądu, jest odległością ogromną. Po przybyciu Europejczyków zostali zdziesiątkowani przez choroby oraz walki z białymi i dzisiaj stanowią około 15% populacji państwa.
Gdy statek z maoryskim kapitanem i nami na pokładzie odpływa kawałek od lądu, zaczyna się poszukiwanie. Kapitan gasi silnik i poleca załodze nasłuchiwać w wodzie. Wkładają więc przez burtę do oceanu specjalne tuby (hydrofony) zbierające dźwięki i przekazujące je do słuchawek operatora. Wychwytują w ten sposób odgłosy wydawane przez wieloryby pod wodą i potrafią je zlokalizować. Zatrzymujemy się na takie nasłuchiwanie dwa albo trzy razy, aż w końcu docieramy w miejsce, gdzie głęboko pod powierzchnią wody żeruje kaszalot. Teraz pozostaje czekać. Kaszalot musi wynurzyć się mniej więcej raz na 40 minut żeby nabrać powietrza. Spędza wtedy osiem minut na powierzchni, gdzie uzupełnia zapasy tlenu.
– Nie wimy, ile tin osobnik przibywa już pod wodą – tłumaczy przewodnik – ale gdy przistaniemy go słyszić, będzimy wiedzili, że się wynurza. Mijmy tylko nadziję, że nie wynurzy się w nas – dodaje, a jego głos wskazuje, że naprawdę by tego nie chciał.
Na pokładzie zawiało trochę grozą. Przewodnik najwyraźniej nie jest jedyną osobą, która nie chciałaby brać udziału w spotkaniu pierwszego stopnia z 16-metrowym, 60-tonowym kaszalotem. Ciszę przerywa znowu przewodnik:
– No dibra, żartiwałem – mówi, choć po jego minie wnioskuję, że chętnie potrzymałby nas jeszcze w niepewności – gdy kaszalot się wynurza, przistajemy go słyszić, bo zminia częstotliwość. Nadaje wtidy na innej częstitliwości i wykirzystując echolikację spriwdza wodę nad sobą, żeby uniknąć wynurzinia się tam, gdzie o coś by udirzył.
– Przistałem słyszić! – przerywa nam załogant obsługujący hydrofon.
A zatem w ciągu kilku minut powinien pojawić się w zasięgu wzroku. Najczęściej kaszaloty po prostu wynurzają się powoli i zatrzymują przy powierzchni. Ale czasami energia wynurzania jest tak duża, że ważące 60 ton zwierzę wyskakuje kilka metrów nad wodę i spada z powrotem do oceanu rozbryzgując fale na wszystkie strony. Choć przewodnik mówi, że takie skoki zdarzają się bardzo rzadko, to chyba wszyscy na pokładzie mają nadzieję, że szczęście nam dopisze.

Słuchamy kaszalotów

Słuchamy kaszalotów

Nagle rozlega się głośne „taaam!” i każdy czym prędzej biegnie na lewą burtę. Około 10 długości łodzi od nas dokładnie na trawersie woda staje się bardzo zmącona, szybko zmienia kolor na coraz ciemniejszy, aż w końcu na powierzchnię wynurza się ogromne cielsko. Skoku nie ma, kaszalot wynurza się spokojnie i z gracją. Kapitan natychmiast odpala silniki i podpływamy znacznie bliżej olbrzyma. Co chwilę wyrzuca przez otwór nosowy na wysokość jednego metra fontannę wody (kaszalot, nie kapitan), ale poza tym się nie rusza. Z zapasem powietrza, który zgromadzi (głównie we krwi i mięśniach, zaledwie 9% pozostanie w płucach), będzie mógł zejść na głębokość nawet 1,5 km. Po raz pierwszy udowodniono, że kaszaloty mogą nurkować tak głęboko, gdy jeden z nich na głębokości ponad 1100 zahaczył i zerwał kabel transatlantycki.

Kaszalot

Kaszalot

Po ośmiu minutach na powierzchni, bierze ostatni wdech i nurkuje, żegnając nas potężnym uderzeniem ogona w wodę. Nie ma chwili do stracenia, bo wyżywienie tak dużego organizmu (zjada 2 tony dziennie) zajmuje sporo czasu. Kaszalotowi ułatwiają to cztery żołądki oraz najdłuższy na świecie, ponad trzystumetrowy system jelit. Ma też największy na ziemi mózg, zestaw jednokilogramowych zębów, ważące 120 kg serce i potrafi wydawać najgłośniejszy dźwięk ze wszystkich zwierząt.

Zanurzanie

Zanurzanie

To jedyny kaszalot, którego było słychać w okolicy, więc mamy pewność, że przez następnie 40 minut żaden nie pojawi się na powierzchni. Płyniemy więc w inne rejony podziwiając po drodze różnych przedstawicieli nowozelandzkiej fauny morskiej i latającej. Z wody co chwilę wynurzają się foki, raz pojawia się pingwin mały, który jest najmniejszym pingwinem świata. Dwa razy spotykamy siedzące na wodzie albatrosy królewskie. Nie wydają się wcale takie duże, ale gdy wyprostowują złożone na trzy części skrzydła i zaczynają swój rozbieg po wodzie, widać już, że są wielkie. Przepływamy koło skały, którą jako miejsce do odpoczynku wybrało kanaście fok, a ja wciąż nie mogę zrozumieć, jak te nieporadne na lądzie ssaki wspięły się tak wysoko. W drodze powrotnej towarzyszy nam stado delfinów, które najwyraźniej świetnie się bawią, płynąc to przy lewej burcie, to przy prawej, i z gracją wyskakując z wody. Do widoku płynących przez długie godziny przy łódce delfinów zdążyłem się już przyzwyczaić na kilku rejsach morskich, ale takich jak te jeszcze nie widziałem. Co chwilę pionowo w górę wyskakują z wody, w najwyższym punkcie zawisają na ułamek sekundy, niczym koszykarz przy rzucie, potem robią coś w rodzaju połowy salta w tył i z radością spadają na plecy. Nie wiem, kto bawi się przy tym lepiej – one skacząc, czy my wgapiając się w ich akrobacje z pokładu.

Delifny

Delifny

Żadnego kaszalota już nie namierzamy i powoli kierujemy się z powrotem w stronę przystani. Nie wiemy, kiedy zleciały trzy godziny na morzu. I choć było naprawdę ciekawie, to cieszymy się z naszej dziennikarskiej zniżki, bo pełnej (dość wysokiej) ceny rejs naszym zdaniem nie byłby warty.
Do zmierzchu zostało jeszcze parę godzin, więc podjeżdżamy na niewielki cypel na południowym wschodzie miasta. Zatrzymujemy się na parkingu przy oceanie, wysiadamy z auta i… prawie się potykamy o leżące nie więcej niż trzy metry od naszego samochodu foki. Póki nie zbliżamy się do nich na mniej niż pół metra, zdają się w ogóle nie przejmować obecnością ludzi.

Foka z nami

Foka z nami

Oraz bez nas

Oraz bez nas

Ruszamy ścieżką wzdłuż oceanu – w tamtą stronę po klifie, podziwiając piękne widoki, z powrotem kamienistą plażą wśród setek odpoczywających foczych cielsk. I sami nie wiemy, która trasa nam się bardziej podoba.
Niestety nasz czas w Nowej Zelandii dobiega końca. Jutro o 6:35 rano mamy z Christchurch powrotny lot do Sydney i z bólem serca kierujemy się do stolicy Wyspy Południowej.
Nagle przy drodze widzimy wystawiony w górę kciuk i bez wahania się zatrzymujemy. Pewnie przez całe życie nie uda nam się spłacić autostopowych długów z tej podróży, ale będziemy robić, co możemy. Amit jest Hindusem, ale mieszka w Nowej Zelandii już kilka lat. Najpierw studiował, potem pracował, a teraz podróżuje. Mówi, że zwiedza powoli, nigdzie się nie spieszy. W Kaikourze, gdzie my spędziliśmy niecałą dobę, on siedział przez pół roku. Teraz jedzie do Arthur’s Pass. My zabawiliśmy tam pół dnia, on planuje kilka miesięcy. Zazdrościmy.
Amit zostaje w Christchurch na noc, więc odprowadzamy go do hostelu. Planowaliśmy pochodzić trochę po mieście, ale krótki spacer do centrum jednak nam wystarcza. Po ciemku miasto jest okropnie smutne i przygnębiające. Nawet pracownik hostelu wygląda na zaskoczonego, gdy pytamy, co warto o tej porze w Christchurch zobaczyć.
– Niwiele – odpowiada zamyślony – może przijdźcie się do parku, tam jist nawet ładnie.
Park jednak odpuszczamy, jego „nawet ładnie” nas nie przekonało. Wracamy do auta poniszczonymi ulicami między na wpół zawalonymi budynkami. Potem wypożyczalnia i nocleg na lotnisku. Rano wsiadamy w samolot powrotny do smutnej rzeczywistości i pracy w Sydney. Ale do Nowej Zelandii jeszcze kiedyś wrócimy. Do zobaczenia została nam przecież jeszcze cała Wyspa Północna…

W ogóle kraj raczej z tych ładniejszych

W ogóle kraj raczej z tych ładniejszych

TAGI

ZOSTAW KOMENTARZ

MACIEJ SZARSKI
z ekipą
Wrocław, Polska

Hej! Jesteśmy grupą przyjaciół z Wrocławia, którzy w 2013 roku postanowili przerwać studia, rzucić pracę i ruszyć w podróż, Teraz wiemy już, że to była świetna decyzja, a pasja podróżowania do dzisiaj kieruje naszym życiem. Więcej o nas tutaj :)

Podróż 2 – Ameryka Środkowa
Szukaj
Statystyki
Liczba podróży: 2
Dni w podróży: 495 (+1*)
Odwiedzone kraje: 36
Przejechane kilometry: 57661
Największa wysokość: 6088 m
Najmniejsza wysokość: -28 m

* okrążając świat przeżyliśmy, tak jak Fileas Fogg, jeden dzień więcej niż ci, którzy spokojnie siedzieli wtedy w domach :)